Siły Stabilizacyjne rozmieszczone zostały na terenie Bośni 20 grudnia 1996 r...
Zaczęło się wszystko trzy miesiące wcześniej...
Szkółka... a raczej wyciskacz życia...
Na przykład tydzień
przeznaczony na testy odporności fizycznej i psychicznej.
Dzień
pierwszy:
wykonanie minimum 52 głębokich pompek w ciągu 2 minut, 62
skrętoskłonów (w tym samym czasie), przebiegnięcie dwóch mil w tempie
poniżej 14 min i 50 sek., wykonanie skoku do wody z zakrytymi oczami z
wysokości trzech metrów w pełnym oporządzeniu i zdjęcie tego
oporządzenia bez wynurzania się na powierzchnię.
Inne szykany:
bieg na 5
mil w szyku zwartym po terenie pofałdowanym, przejście w pełnym
oporządzeniu po belce, zawieszonej 8 metrów nad wodą, skok do wody,
wejście na 15-metrową wieżę i zjazd z niej na specjalnym wózku.
Do tego
ciągłe zajęcia dodatkowe:
rozgrzewki, biegi z przeszkodami, walki wręcz,
pokonywanie torów błotno wodnych.
Ciągłe niedosypianie, przemęczenie i niedojadanie.
Po etapie ćwiczeń na lądzie nadchodzi etap górski, a po nim jeszcze trudniejszy morski... Trzy tygodnie taplania się w morzu, bagnach, rzekach. W kontakcie z
wodą półprzytomni z niewyspania ludzie budzili się z letargu.
Ale
wszystko ma swoje granice. Podczas trzech miesięcy szkółki, w której
uczestniczyłem, deszcz nie padał zbyt często. Zasypiałem na
stojąco, w marszu...
Najgorsza była walka ze snem tuż po posiłku.
Odpływałem, głosy kolegów dochodziły jak przez mgłę. Nie
odróżniałem snu od jawy...
Któregoś dnia ocknąłem się w rzece. Siedziałem w niej
z całym ekwipunkiem i oporządzeniem, aby obniżyć temperaturę ciała.
Koledzy opowiadali, że przez pół dnia wykonywałem polecenia, działałem
zgodnie z planem....
Ale ja tych godzin nie pamiętałem...
Sam plecak ważył ok. 30 kg, do tego dochodził ciężar broni osobistej.
Karabin trzeba nosić w rękach w taki sposób, aby w każdej chwili był
gotowy do użytku. M 16, czyli standardowy karabin armii amerykańskiej,
jest dość lekki. Ale M-60, czyli ciężki karabin maszynowy, to kawał
stali o wadze kilkunastu kilogramów. Dostałem go na wyposażenie akurat
wtedy, gdy kulałem z powodu lekkiej kontuzji, odzywały się urazy hokejowe...
Oczywiście nikt nie mógł
pomagać...
Na zakończenie broń należało oczyścić...
Po trzech miesiącach działań ta broń była tak
brudna, że trzeba ją było wrzucać do wielkiego naczynia ze specjalnym
olejem i szorować szczotkami jak garnki...
Jesienią 1996 roku w byłej
Jugosławii toczyła się regularna wojna pomiędzy Serbami, Chorwatami i
Bośniakami. Mieliśmy sformować liczący ponad tysiąc
żołnierzy batalion operacyjny, podporządkowany siłom UNPROFOR (błękitne hełmy). Kandydaci
do tego oddziału rezygnowali, gdy słyszeli w telewizji opowieści o
„podkolanówkach”, czyli minach przeciwpiechotnych urywających nogi na
wysokości łydki...
W przyszłości miałem ratować a później pracować z dziećmi, które właśnie weszły na taką minę...
To była największa tragedia tej wojny...
Całe szkoły sierot, kalekich dzieci, których psychika chyba już nigdy nie wróci do normy...
Dzisiaj nie raz zastanawiam się czy ja sobie z tym poradziłem...
Czy wciąż emocje przypominają tamte szargania nerwów... i bezsilność...
Największą bezsilność jaką mi było dane zaznać w moim życiu...
Wiem że to były najgorsze doświadczenia w moim życiu... których duchy wciąż do mnie zaglądają...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz